Józef z Nazaretu był frajerem, bo dał sobie wcisnąć na wychowanie cudze dziecko. Boży rogacz. A Bóg się go pyta: – Czy ty mi się zgodzisz adoptować Jezusa? (tzw. Zwiastowanie Józefa). A ten, jako człowiek prawy od razu zgodził się na to. I w zamian Bóg zdradził mu zadanie Jezusa na ziemi: „Zbawić swój lud od jego grzechów” (Mt 1,18-24) – nawet Maryja tego nie wiedziała. Będąc wtajemniczony Józef podjął się adopcji i przyjął na siebie trud wychowania Bozi. Organizował życie rodziny najlepiej jak umiał. Do Betlejem ciężarną na ośle zawiózł (- Na ośle?!…), narodziny w stajni urządził (- Ale obora! Nic lepszego nie było?…), rzeź niewiniątek sprowokował, kazał uciekać do Egiptu … – Jak to wyszło?… Beznadziejnie. Świetnie. Przez trzydzieści lat gonił rodzinę w tę i we wtę, a jednak udało mu się przez ten czas uchować Jezusa. I zaczął wreszcie nauczać Syn. I wszystkim opadły szczęki jak dobrze był wychowany. – Utrzymać nie swoje dziecko i przygotować je do misji ocalenia świata?… A któż by temu podołał? Tylko Św. Józef – Boży fighter.