Jako dziecko bardzo chciał być dorosły. Uważał dorosłych za wszechwiedzących, prawie bogów. No i mogli chodzić do kina na filmy od 18-tu lat.
Gdy stał się jednym z nich, zgłupiał, bo bogowie okazali się zakompleksionymi idiotami targanymi przez żal za utraconą młodością i rajem dzieciństwa. Niewolnikami indoktrynacji i używek, przygniecionymi rozpaczą i (nieuświadomioną) tęsknotą za sensem. Odgrywali role matek, ojców, prezesów, publicystów, lekarzy, prawników, i kogo tam jeszcze, z poczuciem nietrafionej obsady. Po nocach błagali o lepszy scenariusz, o bajkę, a nie cholerny dramat. O możliwość nakręcenia życia od nowa – gotowi wydać na to fortunę. Lecz potrzeba było mało albo tylko jednego (por. Łk 10, 42a).