Kucając uchwycił się popielnego totemu próbując odzyskać równowagę. Niewiele to pomogło. Wprawdzie przestał szorować dupą chodnik i zaczął pięty lecz wciąż nie udawało mu się podnieść z kucków. Nogi składały się jak para nożyc, a pośladki c-i-ę-ż-k-o potakiwały w nadziei na odbicie. Hop, siup, zmia-, -na, dup. W górę! Cholerna grawitacja. Nieszczęsna pozycja narciarza, przez chwilę, na drżących nogach, przez chwilę. UWAGA! niebezpieczeństwo – odwłok ważący tonę bujnął się w powietrzu i z impetem runął do (wnętrza) ziemi. Hades. Piekło. Obrzęk mózgu. Było tyle nie pić. Przeżarty alkoholem błędnik mężczyzny w średnim wieku wciąż odmawiał współpracy. Przed ostatecznym upadkiem (w otchłań) uchroniła nieszczęsnego menela już chyba tylko ta jego lewa ręka. Wspinaczkowym chwytem capnęła w ostatnim momencie za krawędź śmietnika-popielniczki, co stała niczym totem u wrót świątyni – centrum handlowego. Prawa ręka wciąż pociągała go niedopałekiem papierosa trzymanym brudnymi paluchami. Zwieszony na popiołce (opętany) cliffhanger próbował co jakiś czas sięgnąć ustami kiepa ale ani razu nie trafił. Hop, siup. Ostatnie podrygi przed skokiem (w nicość).