Nie rozumiał do końca konieczności przyjmowania przez narody Jezusa Chrystusa za Króla i Pana.
Rozumiał to jako osobisty akt. Jako naturalną konsekwencję wiary – „Bądź wola Twoja” (Mt 6, 10) – mówił przecież codziennie. Czyja? No, Króla, nie sołtysa chyba – „przyjdź Królestwo”.
Rozumiał to jako akt upokorzenia własnej pychy przez pomniejszenie siebie – „[Ja] Paweł, więzień Chrystusa Jezusa” (Flm 1,1).
Rozumiał to jako akt odrzucenia hedonizmu w celu zyskania wolności – „Kto miłuje swoje życie, utraci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa” (Jn 12, 25).

Ale żeby cały naród przyjmował Chrystusa na Króla? Po co?

Wreszcie zrozumiał. Celem było zdemaskowanie fałszywych proroków. Intronizacja tak bardzo zdenerwowała złego, że rzucił się do głupiego krytykowania Polaków ustami swych akolitów i pożytecznych obojętnych. W ten sposób zdemaskowało się wielu. Cudowny coming-out.