Michałkowi rodzice kiedyś nie kupili autka. Skrzywdzony w ten sposób Robercik przyrzekł odbić to sobie w przyszłości. Gdy był dorosłym Januszem to sprawił sobie wypasioną furę rodem z amerykańskich filmów, jako rekompensatę dziecięcych upokorzeń. Za smarka w PRL-u widział takie na video. Zabójcza broń, Gliniarz z Beverly Hills, Policjanci z Miami, itepe. Zazdrościł wtedy Murzynom ich kanciastych fryzur, szałowych ciuchów i samochodów. Bardzo. Żeby mieć wszystko – postanowił zostać bogaty.

Harował po 15 h w korporacjach, biznesach,   świątek-piątek. Na dwa etaty, fuchy brał, oszczędzał, zaciskał pasa, kradł. Wiadomo: „pierwszy milion…”, itede. Miał ambicje. Bez skrupułów. „Sky is the limit”. „Wystarczy chcieć”. „Bądź sobą”. Ale dał się okraść: wziął kredyt i stał niewolnikiem.

Pracował bez wytchnienia.

Lubił sandały i klapki na stopy w skarpetkach ale jeszcze o tym nie wiedział. Może przeczuwał to, ale wyparł?

Nosił się modnie. Śledził trendy. Wszystko „must have” i znanych marek. Stać go było, dużo pracował. Siedział po nocach, tyrał. Dzieci nie widywał, żona mało narzekała; zarabiał. Po stracie pracy trzeba było utrzymać rodzinę. Łatwy pieniądz, dilerka. Capnęli go. Od długów też nie zdołał uciec. Wiele myślał, teraz miał czas. W więzieniu nabrał dystansu. Odkrył modlitwę. Właściwie to wrócił do niej po latach. Kiedyś się umiał modlić, za smarka, w PRL-u. Ech, PRL. Może wtedy, paradoksalnie, było łatwiej? Modlił się o cud. I cud się stał.

Pierwszy kłos wyrósł mu rano. Wstał lewą nogą i próbował wsunąć stopę do conversa, ale nie mógł, bo tam kwitła pszenica. Poirytowany wykruszył słomę z pantofla i wysypał na posadzkę. Wzuł pepegi i się przeszedł. Chodząc, jakby mniej siedział. Sytuacja powtórzyła się następnego ranka. I kolejnego. I jeszcze. I znów. Chodził. Rozmyślał. Perypatetyk. Pszenica?… Regularnie wykruszał słomę z trampka. Potem inne zboża.

- Ty, janusz, słoma ci z butów wyłazi – powiedział mu kiedyś towarzysz niedoli. Wzruszył na to ramionami. Już nie walczył ze słomą w conversach. Przyzwyczaił się. Widocznie tak musiało być. I dobrze mu było, że dobrze mu tak. Przestał walczyć z Januszem. Był sobą. Teraz mógł wszystko. Zrezygnował z samochodu. Z wakacji na Rivierze. Z nart w Dolomitach. Z daczy na mazurach. Z tabletu, smartfona, mega ekranu LCD. Z alkoholu, markowych ciuchów, wyścigu szczurów. Porzucił ambicję, która karmiła się kompleksami. Wreszcie dojrzał. Wyszedł do ludzi.

Ze starych rzeczy zachował sobie wrażliwość na piękno. Siadał przy grillu w klapkach na skarpetkach i czytał.

Wsi spokojna, wsi wesoła! Który głos twej chwale zdoła? Kto twe wczasy, kto pożytki Może wspomnieć zaraz wszytki?

Człowiek z tej pieczy uczciwie Bez wszelakiej lichwy żywie, Pobożne jego staranie I bezpieczne nabywanie.

Inszy się ciągną przy dworze Albo żeglują przez morze, Gdzie człowieka wicher pędzi, A śmierć bliżej niż na piędzi.